Wielkimi krokami wakacje zbliżały się do końca. Syriusz ze
zgrozą przyjął wiadomość o tym, że Harry szuka legalnej pracy i swojego
mieszkania. Missy, Milka i Dexter wzięli przykład z Yoma oraz Szatana i zrobili
to jakiś czas temu, a Łapa nie chciał dopuścić do tego, żeby Kobra zrobił to,
co oni.
— Przecież nie będę do końca życia siedział ci na głowie —
rzekł chłopak, gdy z nim rozmawiał.
— Ale nie musisz się spieszyć — upierał się przy swoim.
Ostry uśmiechnął się lekko.
Naomi westchnęła, gdy Syriusz powiedział jej o rozmowie z
chrześniakiem.
— Jest dorosły. Jak każdy chce być odpowiedzialny i
samodzielny. Nie możesz od niego wymagać, żeby mieszkał tutaj do końca życia.
Skoro chce za jakiś czas założyć rodzinę, musi zachowywać się jak dorosły.
Dalej chodzili na akcje, wyścigi i imprezy, jednak
większość znalazła sobie pracę, aby nie wzbudzać niczyich podejrzeń.
Kobra spóźnił się na balangę, lecz jego wytłumaczenie było
w pełni zrozumiałe:
— Znalazłem mieszkanie. Za tydzień będzie moje.
— Parapetówka?
— No ba.
Zaśmiali się zgodnie. Harry wyciągnął Nicole z towarzystwa
i zaprowadził ją na ulicę, żeby porozmawiać. Z zaciekawieniem szła za nim w
stronę drzwi.
— No więc? — zapytała, gdy znaleźli się poza klubem.
— Chciałabyś ze mną zamieszkać?
Rozszerzyła oczy, a on spojrzał na nią niepewnie.
— Serio?
— No serio — uśmiechnął się.
Z piskiem wskoczyła na niego, a on przytrzymał ją w
powietrzu.
— Jasne, że chcę!
Wycałowała go po całej twarzy i ścisnęła z całej siły.
Wszystko zaczęło się układać.
O wyprowadzce musiała powiedzieć swojej matce, dlatego
razem postanowili jej to oświadczyć.
— Mamo? — rzekła Nicole do krzątającej się po kuchni kobiety.
— Tak?
— Możesz na chwilę przerwać to, co robisz? Chcielibyśmy
powiedzieć ci coś ważnego. — Amelia odłożyła talerze i ścierkę, by następnie
usiąść przy stole obok Nicole i Kobry, którzy zerknęli na siebie jeszcze raz. —
Mówiłam ci ostatnio, że Harry kupuje mieszkanie — zaczęła dziewczyna, a jej
matka kiwnęła głową. — Bo my… chcielibyśmy razem tam zamieszkać.
Kobieta westchnęła.
— Spodziewałam się tego — przyznała. —Dzieciaki rosną i
uciekają z domów. Oczywiście, nie zabronię ci, Nicole. Powiedzcie mi tylko, jak
będziecie sobie radzić?
— Nicole na pewno nic nie zabraknie. Znalazłem pracę…
— CO?!
— … więc finansowo sobie poradzimy. — Kobra uśmiechnął się
do zaskoczonej dziewczyny. — Może dalej się uczyć, jeśli tylko chce. To zależy
tylko od niej.
Amelia uśmiechnęła się do niego.
— Widzę, że dokładnie wszystko przemyślałeś.
— Nie chciałem czegoś proponować, wiedząc, że nie dam rady.
— Widzę, że nie muszę obawiać się o córkę, bo jest w
dobrych rękach.
Harry uniósł delikatnie kąciki ust.
— Co to za praca? — zaciekawiła się Nicole.
— Wkręciłem się do tego studia nagraniowego, w którym
nagrywałaś piosenki. Na razie mało znaczące rzeczy i papiery do roboty, ale mam
nadzieję, że z czasem będzie lepiej.
— Więc jednak poszedłeś za radą Żylety i strzelasz na
stanowisko producenta albo menadżera — wyszczerzyła się Nicole.
— Zobaczysz, że jeszcze wyda ci płytę — rzekła z uśmiechem
Amelia.
— Już to kiedyś planowaliśmy — zaśmiała się dziewczyna.
— A nóż się uda.
— Wtedy uznałabym, że życie to bajka — stwierdziła Nicole z
rozbawieniem.
Pierwszy dzień w pracy był dla Kobry bardzo stresujący,
lecz wrócił zadowolony. Nicole czekała na niego na Grimmauld Place 12 razem z
Łapą i Naomi.
— I jak? I jak? — powiedziała na wstępie.
— Nawet fajnie.
— Coś więcej? Widziałeś jakąś gwiazdę? Nagrywaliście coś?
Słyszałeś jakąś jeszcze niewydaną piosenkę?
— Nie — zaśmiał się. — Na razie przynieś, zanieś,
pozamiataj, więc nie oczekuj zbyt wiele.
— Ach, szkoda. Jak spotkasz jakąś gwiazdę, załatw mi
autograf.
Łapa i Naomi roześmiali się. Nicole już zachowywała się jak
przykładna żona.
Kobra nieświadomie planował już wspólną przyszłość ze swoją
dziewczyną. Mieli razem zamieszkać już za trzy dni, praca spełniała jego
oczekiwania i był pełen nadziei, że kiedyś uda mu się zrealizować marzenie i
zostanie producentem muzycznym bądź menadżerem. Nicole szukała sobie zajęcia.
— Wiesz… — rzekła, kiedy razem siedzieli w jego pokoju,
planując wygląd salonu. — Gdy byliśmy u mojej mamy, powiedziałeś, że mogłabym
dalej się uczyć…
Spojrzał na nią z zainteresowaniem.
— Masz jakiś kierunek?
Kiwnęła głową.
— Tak jak ty: łączenie pasji z pracą. Chciałabym iść do
jakiejś szkoły, żeby poduczyć się śpiewania.
Uśmiechnął się.
— Jeszcze jest się czego uczyć?
— Nie przeceniaj mnie — wystawiła język w jego stronę.
— Skoro tak chcesz, odstawiamy salon na bok i szukamy
jakiejś szkoły muzycznej — stwierdził i sięgnął po laptopa.
— Jesteś niesamowity.
— I za to mnie kochasz.
Niezależnie od tego, ile miał obowiązków, zawsze znajdował
czas na akcje, imprezy, wyścigi i odwiedziny Szefunia.
— Dzieciaki dorosły — westchnął mężczyzna, gdy opowiadali
mu, jak im idzie w pracy.
— Nie rozczulaj się — odparł Snajper.
— Ledwo hamujesz wzruszenie, że twój ulubieniec nie jest
już dzieckiem.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem na to stwierdzenie Szefunia, a szef
mafii rozszerzył oczy. Kobra spojrzał na niego z rozbawieniem.
— Ważne, że robotę dalej dobrze wykonuje — oznajmił
Snajper.
— Praca i praca. A uczucia?
— Sami gadacie, że jestem bezuczuciowym draniem, więc się
nie czepiaj. Pyskata coś wie na ten temat. — Nicole wywróciła oczami, gdy
wszyscy zaśmiali się głośno. — Trzymaj ją w kagańcu, bo prawie ją zabiłem —
dodał do Harry’ego.
Dziewczyna prychnęła z dumnie uniesioną głową. Kobra
uśmiechnął się do siebie, a Szefunio poczochrał go po włosach ze śmiechem.
Uwielbiali wypady w różne miejsca, dlatego elita i ekipa
wraz z Blackami i Remusem postanowiła wybrać się na Pokątną. Nie zwrócili uwagi
na to, że pada. Ulica była opustoszała i ponura. Wszyscy wbiegli do Banku
Gringotta, aby chwilę odetchnąć i przy okazji wypłacić pieniądze.
— Co tu takie pustki? — zdziwił się Jery.
— Nie ma ludzi na ulicy to gobliny zrobiły sobie wolne —
stwierdził Zeus.
Rzeczywiście, bank był opustoszały, gobliny nie kręciły się
jak zwykle i panowała niesamowita cisza.
— A może po prostu leżą pozabijane za ladą?
Wszyscy odwrócili się jak na jeden mąż. Zanim zdążyli
cokolwiek zrobić, zostali otoczeni przez śmierciożerców, którzy wyłonili się
nie wiadomo skąd. Bez zastanowienia sięgnęli po różdżki i zaczęli ciskać w nich
zaklęciami. Gejsza, Yom, Szatan i Wdowa ukryli się za ladą, gdzie, jak się
okazało, leżały martwe gobliny. Dziewczyny jęknęły z przerażenia. Chwilę
później ich tarcza ochronna wyleciała w powietrze. Ze strachem dostrzegli, że
śmierciożercy mają znaczną przewagę nad ich przyjaciółmi, którzy już przegrywali.
Zeus z impetem uderzył w ścianę obok nich. Alan padł na ziemię bez różdżki i z
krwią lecącą z rozciętej brwi. Wrzask Victorii rozniósł się po pomieszczeniu,
gdy dotknął ją Cruciatus. Blaise próbował jej pomóc, lecz i on został powalony
tym samym zaklęciem. Gejsza dostrzegła Harry’ego niedaleko nich. Nie wiedziała,
co się z nim dzieje. Nie walczył. Stał jak zamurowany, a po chwili cofnął się
kilka kroków, by nie stać w centrum bitwy. Nie zareagował, kiedy go zawołała,
choć na pewno słyszał. Nagle drgnął i lekko się zachwiał. Upuścił różdżkę na
posadzkę. Czwórka mugoli rozszerzyła oczy, gdy nagle uniósł się lekko nad
ziemię.
— Kobra! — wrzasnęła Gejsza, gdy chłopak runął na podłogę z
szybkością błyskawicy.
Jęknął cicho z bólu. Próbował się podnieść, ale poczuł na
sobie zaklęcie torturujące. Było ono niesamowicie silne. Tylko jedna osoba
miała tak mocne Cruciatusy. Ale przecież go nie widział! Bez jego woli ciało
uniosło się do pionu. Miał wrażenie, że ktoś nim steruje jak szmacianą lalką na
sznurkach. Rozejrzał się, by znaleźć tego, kto to robi, lecz w następnej chwili
zabrakło mu tchu. Nieopisany ból całego ciała. Nie miał nawet siły otworzyć
ust. Runął na ziemię, widząc przed oczami ciemność i słysząc w uszach szum. Walka
trwała, choć była z góry przesądzona. Mugole rozszerzyli oczy, gdy nad Kobrą
zaczął unosić się pył, a on męczył się z niewiadomych przyczyn. Ktoś szarpnął
ich z klęczek do pionu. Wyrywali się, ale nie mieli szans na jakąkolwiek
ucieczkę. Przeszli obok Harry’ego, który przechodził tortury, ku rozpaczy
Gejszy.
Ból rozsadzał mu czaszkę. Nic nie widział i nie słyszał.
Nie myślał. Nie wiedział, co się dzieje i kto sprawia mu tyle cierpienia.
Gorsze od Cruciatusa. Miał ochotę wyć z bólu, jakby obdzierali go ze skóry,
jednak z jego gardła nie wydobył się żaden dźwięk. W przełyku stała mu wielka
gula uniemożliwiająca wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa. Pył wokół niego
zacieśniał się coraz bardziej.
Walka zakończyła się wygraną śmierciożerców. Bliscy Kobry
byli bezbronni, poranieni i przerażeni. Stali przy ścianie obok siebie,
pilnowani przez zwolenników Czarnego Pana, jakby czekali na rozstrzelanie.
Nicole rzuciła się przed siebie, gdy zobaczyła Harry’ego, jednak zatrzymano ją
zaklęciem i odepchnięto pod mur, w który uderzyła z całej siły, aż zabrakło jej
na moment tchu. Pansy spojrzała na nią ze strachem i chciała pomóc, lecz pociągnięto
ją brutalnie za ramię, aż krzyknęła.
Ostry nagle poczuł ulgę, a później bez swojej woli podniósł
się do pionu, a właściwie szarpnięto nim w górę, aż na moment oderwał się od
podłoża. Nie miał pojęcia, co się dzieje. Miał otępiały umysł i nie do końca
wiedział, co robi.
— Zwykłe zaklęcie i chodzisz jak szmaciana lalka na
sznurkach — rozległ się głos Voldemorta, który pojawił się z pyłu chwilę
wcześniej otaczającego Kobrę.
Missy jęknęła cichutko z przerażeniem. Harry nie odezwał
się ani słowem na to stwierdzenie. Gdyby zaprzeczył, skłamałby na całej linii.
Pod wpływem klątwy robił wszystko, co chciał Riddle. Spojrzał na niego z czystą
nienawiścią. Kiedy przesunął wzrok dalej, na śmierciożerców, trafił na szare
oczy pełne zimna. Uśmiechnął się z kpiną. Czarny Pan zerknął tam, gdzie on.
— Podejdź — rzekł do zamaskowanego, a ten zrobił, co mu
kazano. — Chyba zostałeś rozpoznany, Franco.
Mężczyzna ściągnął maskę, za którą kryła się twarz nauczyciela
obrony przed czarną magią. Milka drgnęła lekko. Harry i Ian mierzyli się
chłodnymi spojrzeniami.
— Szuja — syknęła Nicole.
Voldemort przeniósł na nią wzrok, ale ona się tym nie
przejęła, lecz patrzyła na Iana jak na bezwartościowego robaka.
— Robiłaś mu zbyt dużo problemów, Nicole — powiedział
Riddle, a ona przeniosła na niego zimne spojrzenie.
— Bym wiedziała, to robiłabym ich jeszcze więcej —
warknęła.
Voldemort uniósł kącik ust.
— Jaka zachłanna. Podejdź tu.
— Wal się — syknęła, ale mocno drgnęła i zamarła, gdy
wycelował różdżką w Harry’ego.
— Po co grozisz, że coś mi zrobisz, skoro i tak wiemy, co
się stanie na koniec — rzekł sucho Kobra, a Nicole zadrżała jeszcze bardziej po
tych słowach.
Voldemort ponownie na niego spojrzał.
— Widzę, że pogodziłeś się ze swoim losem. A szkoda. Mogło
to się skończyć inaczej, gdybyś tylko wiedział, co lepsze.
— Dlatego wybrałem tak, jak wybrałem.
— Nicole, podejdź tu — niespodziewanie znowu zwrócił się do
dziewczyny.
Wybił ich z rytmu tym żądaniem. Para szybko spojrzała na
siebie z niewiedzą. Pozostali poruszyli się niespokojnie.
— Wolisz nie widzieć tego, co się stanie, jeśli tego nie
zrobisz.
Nadal się nie ruszała powstrzymywana wzrokiem Harry’ego.
Chwila ciszy. Kobra nagle drgnął, a jego oczy zmętniały.
— W takim razie zobaczysz, jakie tortury przechodziliby
śmierciożercy w czasie otrzymywania znaku, gdyby nie znieczulenie.
Ostry rozszerzył powieki z przerażenia, ale nie mógł się
sprzeciwić. Znowu czuł się jak lalka. Voldemort wbił w niego spojrzenie,
wydając w myślach pierwsze polecenie. Próbował z tym walczyć. Widzieli, jak
drgają mu nogi.
— Na kolana — syknął Czarny Pan, a on runął na kolana,
jakby ktoś go do tego zmusił pchaniem w dół.
Poniżenie przed samą śmiercią – najgorsze, co Riddle mógł
mu zrobić. Upokorzenie i śmierć z jego znakiem na ramieniu. Zostałby uznany za śmierciożercę
– najokrutniejszy los, jaki mógł go spotkać. W jego tęczówkach widoczna była
rozpacz.
— Ręka.
Z zaciśniętymi oczami wyciągnął ramię w jego stronę, choć
wcale tego nie chciał.
— Lepiej od razu mnie zabij — szepnął desperacko.
— To by było za proste. Musisz czuć się podle, łamiąc swoją
obietnicę — zaszydził.
Nicole nie wytrzymała tego napięcia.
— Zostaw go!
Voldemort westchnął cynicznie:
— Miłość…
Puścił rękę Harry’ego, do której już zbliżał różdżkę i
pozwolił mu wstać. Nicole podeszła do nich z bólem w oczach. Widok Kobry był
dla niej przekleństwem. Twarz wygięta w grymasie rozpaczy, cierpienia i
poniżenia.
— Ian, zajmij się nimi za te wszystkie problemy — rzekł Riddle.
Ostry i Nicole wbili w nauczyciela zimne spojrzenia,
niewidocznie ściskając się za dłonie. Zerknęli na siebie z tęczówkami pełnymi otuchy.
Musiało im się udać. W dziewczynę uderzyło zaklęcie. Zacisnęła mocniej dłoń,
jednak nie pokazała bólu. Sytuacja powtórzyła się, gdy zaklęcie dotknęło
zaklęcie chłopaka.
— Zaklęcie Podziału. Kto nas tego uczył? — syknęła Nicole w
stronę Iana.
— No proszę, proszę — rzekł Voldemort. — Podział bólu na
dwie osoby. Rozdzielić ich.
— Na odległość też opanowaliśmy, więc nie musisz się
wysilać — odparł chłodno Harry.
Riddle patrzył na nich z zainteresowaniem.
— Tacy zdolni, a tak się zmarnują — cmoknął. Pozostali
patrzyli na wydarzenia z przerażeniem. Czarny Pan zainteresował się także nimi.
— Nott, Malfoy, Travers, Zabini i Parkinson. Mam nadzieję, że jesteście
bardziej rozsądni.
— Chyba śnisz — warknął Dexter.
— Draco, miałem inne plany względem siebie.
— Gówno mnie to obchodzi — odparł twardo.
W tej sytuacji nie miał nic do stracenia.
— Lucjuszu, źle wychowałeś syna.
Blondyn drgnął, gdy dopiero dostrzegł swojego ojca. Milka
ścisnęła go mocniej za dłoń.
Szykowali się na najgorszy los, jaki mógł ich spotkać.
Stali naprzeciwko Voldemorta i jego śmierciożerców. Prawdopodobnie nikt nie
wiedział o tym, co tu się działo. Ostry nie zdążył zdobyć ostatniej części
Diamentu Ciemności. Nie mieli różdżek. Czuli, że wszystko jest stracone. Mieli
zginąć co do jednego. Ostatnim wyjściem było przyłączenie się do Riddle’a,
jednak nikt nie miał zamiaru tego zrobić. Wiedzieli, że to byłoby gorsze niż
śmierć.
Nicole wbiła nienawistne spojrzenie w Voldemorta, gdy ten
podszedł bliżej nich.
— Harry, chcesz ich wszystkich skazać na śmierć?
Nie pogrywaj z nim w ten sposób – pomyślał Syriusz, wiedząc, że w tym momencie Czarny Pan
trafił w słaby punkt chłopaka. Dostrzegł, że Kobra zwątpił.
— To nasza decyzja, po której stronie chcemy stanąć —
powiedział twardo Jeremy, najwyraźniej dostrzegając to, co Łapa.
Ostremu przeszły przez myśl słowa chrzestnego w poprzednie
wakacje, że Voldemort będzie chciał wykorzystać innych, żeby do niego dołączył.
Dopiero zrozumiał, o co tak naprawdę mu chodziło.
— Widzę, że nie dacie się namówić. Kolejne ofiary, które
nie wiedziały, co lepsze — stwierdził Riddle. — Harry, pożegnaj się.
Gejsza jęknęła cicho i rozpaczliwie. Nicole zaczęła się
trząść. Przecież on nie mógł zginąć bez walki! Śmierciożercy musieli
zareagować, gdy wśród jego przyjaciół zapanowało poruszenie i zaczęli się
wyrywać, by coś zrobić, choć nie wiedzieli co.
Kobra był spokojny. Skoro taki miał być jego los, musiał
się z tym pogodzić. Nie zdobył Diamentu, nie zdążył, chociaż próbował. Czekał
na śmierć z uniesioną głową, nie mając zamiaru błagać o litość. Voldemort
wystarczająco go upokorzył, zmuszając do klękania przed nim. Riddle zdziwił
się, gdy nie zobaczył w oczach chłopaka strachu czy rozpaczy. Patrzył na niego
twardo, odważnie, nie bojąc się śmierci.
— Więc czyń swoją powinność, póki jeszcze możesz —
powiedział Harry bez przemyślenia.
Czas nagle zatrzymał się w miejscu i to dosłownie. Wszyscy
śmierciożercy i Riddle stanęli w bezruchu. Buchnęło tuż przed Ostrym. Pod jego
nogi opadła czarna róża. Patrzył na nią przez chwilę w milczeniu. Nicole
zerknęła na nią, a później na niego.
— Kobra? — szepnęła.
— Teraz? — odparł cicho z żalem.
Spojrzał na dziewczynę, która ścisnęła go mocniej za dłoń.
Podniósł różę. Dzisiejsza data. Zmrużył oczy i przeniósł wzrok na zegarek
wiszący nad wrotami. Była minuta po wyznaczonej godzinie. Bez wskazówki. Nagle
kwiat zaczął przybierać inne kształty, a na jego dłoni uformował się kawałek
Diamentu. Niespodziewanie pojął, na czym polegało ostatnie zadanie. Miał stanąć
przed śmiercią oko w oko, nie czując przed nią strachu.
— Masz mało czasu. Wykorzystaj go w korzystny sposób i
zdecyduj, co z nim zrobisz — usłyszał w
głowie głos Merlina.
Pomyślał o Diamencie, który pojawił się tuż przed nim, a
następnie połączył z ostatnią częścią. Nicole patrzyła na to z rozszerzonymi
oczami, podobnie jak reszta.
— Co teraz? — spytała cicho Missy.
Gdy zabije Voldemorta, śmierciożercy zareagują i zamordują
pozostałych. Nie mógł rzucić masowej Avady, bo wiedział, że Diament nie jest
dostosowany do takich czynów. Jeśli chciał uratować przyjaciół, powinien pozbawić
życia wszystkich, którzy obecnie mogli im zagrozić. W jego dłoni pojawił się
Medalion Morgany, który wcisnął w dłoń Nicole. Musiał działać szybko, dopóki
czas był zatrzymany.
— Zażycz sobie, żeby Diament i Kamień po wszystkim się
zniszczyły — powiedział do niej.
— Co? — przeraziła się.
— Zrób to.
— Oszalałeś — szepnęła, ale widząc jego wzrok, zrobiła to, o
co prosił.
Zabłysło światło. Życzenie musiało się spełnić. Sam także
miał życzenie: Niech przeżyją
ci, którzy naprawdę byli po mojej stronie.
— Gdy czas ruszy, cofnij się do reszty — zwrócił się do
Nicole.
— Co chcesz zrobić?
— Nie pytaj tylko rób, co mówię, jeśli mi ufasz.
Patrzyła na niego, ale czas ruszył.
Voldemort nie spodziewał się, że coś przed chwilą zaszło.
Wszyscy stali tak, jak powinni, na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło.
— Gotowy? — spytał.
Kobra uśmiechnął się do siebie.
— Jasne — odparł.
Nicole zaczęła się wycofywać, lecz nie zwrócono na nią
większej uwagi, myśląc, że nie chce widzieć, jak chłopak umiera.
— Wedle życzenia. Avada
Kedavra!
Zaklęcie uśmiercające ruszyło w stronę Kobry, lecz nagle
zatrzymało się w połowie drogi. Oczy Voldemorta rozszerzyły się, a Ostry wbił w
niego wzrok. Zapanowało poruszenie. Harry machnięciem ręki sprawił, że promień
wystrzelił w drugą stronę, godząc Riddle’a w pierś. Kamień zawisł przed
chłopakiem, który chwycił go w dłoń, kiedy Czarny Pan runął martwy na ziemię.
Śmierciożercy byli zaskoczeni. Gdy zrozumieli, o co chodzi, wpadli w popłoch i
wycelowali różdżkami w Ostrego, który w odpowiedzi uśmiechnął się z kpiną. Spomiędzy
jego palców wyleciał czarny promień uderzający w sufit. Budynek zaczął się
trząść, ze sklepienia spadały odłamki tynku. Sufit runął z hukiem, a za nim
wszystkie ściany. W powietrzu zawisł duszący dym.
Ból.
Ciemność.
Cisza.
Nicole poruszyła się, by następnie otworzyć oczy.
Rozejrzała się. Z Banku Gringotta pozostały jedynie gruzy i pył. Ktoś poruszył
się obok niej. Wdowa. Z drugiej strony Alan z Żyletą. Nikomu nic się nie stało,
wszyscy żyli. Budzili się jedynie z nieświadomości, kaszląc i prychając. Nicole
drgnęła. Nie było jednej osoby.
— Kobra…
Rzuciła się przed siebie, omijając skały. Rozpaczliwie powtarzała
jego imię, potykając się o kawałki tynku. Kierowała się do miejsca, gdzie
widziała go po raz ostatni.
— Nie… nie… nie… Harry…
Runęła na kolana przy chłopaku. Z jej oczu popłynęły
pierwsze łzy. Nogi miał przywalone gruzami, w brzuch wbił się ostry kolec z
dekoracji, który wcześniej widniał przy suficie. Przy jego ciele tworzyła się
coraz większa kałuża krwi. Chwyciła go za głowę, głaszcząc drżącymi rękoma i rozpaczliwie
mówiąc do niego. Pozostali kierowali się w ich stronę. Kobra lekko drgnął.
— Boże… Żyjesz… Harry…
Spojrzał na nią nieprzytomnie. Gejsza runęła przy nim na
kolana ze łzami w oczach. Wszyscy już byli przy nich.
— Udało się, rozumiesz? — szeptała Nicole. — Nie możesz
teraz… — przełknęła łzy — nie możesz… Patrz na mnie…
Ściskała go jedną ręką za dłoń, a drugą głaskała desperacko
po głowie. Zaszlochała, gdy z jego ust popłynęła strużka krwi. Najgorszy był
ten jego spokój na twarzy. Jego uścisk zaczął słabnąć, a oczy gasły. Z ust
chłopaka leciało coraz więcej krwi. Patrzył na nią, ale jego powieki zaczęły
powoli opadać. W końcu zamknęły się całkowicie, a głowa opadła na bok.
— Nie! — z gardła Nicole wydobył się rozpaczliwy szloch.
Przytuliła go do siebie, jednak Harry się nie poruszył.
skoro masz się wkurzać to dobrze że przeniosłaś:) mam nadzieję że końcówka będzie szalenie ciekawa:)
OdpowiedzUsuń____
ivan cortez
Sto lat sto lat niech Rockowa_Pumcia niech żyje żyje nam ! :D Notka super jutro ostatnia częśc tego bloga .. ♥ .. Jezu jak to zleciało , niedawno był począteg a za raz koniec :( mam nadzieję , że Kobra przeżyje ...
OdpowiedzUsuńTwoja czytelniczka
Jula
Ups ! Napisałam począteg a nie początek moja wpadka ://
OdpowiedzUsuńTwoja czytelniczka
Jula
Wiedziałam, że zdążysz przenieść wszystkie notki na blogspota i ostatnia notka ukaże się w terminie. Cieszę się, że przeniosłaś rozdziały właśnie tutaj. Na Onecie nie komentowałam, ponieważ nie miałam zamiaru się z nim użerać. Mam nadzieję, że przeniesiesz też na blogspota swój poprzedni blog. Szkoda by było, gdyby gdzie zaginął w akcji.
OdpowiedzUsuńA ja chcę, by zginął. Widocznie moja psychika jest w złym stanie, ale lubię nieszczęśliwe zakończenia xD
UsuńCieszę się, że wszystkie notki przeniosłaś już na blogspota ;)
OdpowiedzUsuńWcześniej nie komentowałam, tzn na onecie, bo miałam już dość użerania się z nim. Doprowadzał mnie do szału.
Bardzo fajnie opisałaś przebieg bitwy. Voldki nie żyje, hura, hura cieszmy się. Hahaha ;D Mam nadzieję, że Harry przeżyje i z Nikolą będą razem mieszkać ;-) Czekam z niecierpliwością na ostatni rozdział.
Pozdrawiam Czarna.
Niezrównoważona : Jak możesz xD Twoja psychika jest ok ale czemu Kobra :DD
OdpowiedzUsuńRozdział genialny . Kidy będzie zakończenie :"( . A co to bedzie za niespodzianka :)
Vanessa
Witam,
OdpowiedzUsuńnie, nie, nie nie chcę aby Harry zginął, wpadli w zasadzie w pułapkę Riddla....
Dużo weny życzę Tobie...
Pozdrawiam serdecznie Basia
Ryczę...
OdpowiedzUsuńCzytam to już poraz 30, ale i tak za każdym razem RYCZĘ. :'(:'(:'(:'(:'(:'(:'(:'(:-\:'(:'(:'(:'(:-\:'(x-(x-(x-(x-(
Kolorowa Dama